środa, 10 czerwca 2026

Ładowanie pogody…
10 czerwca 2026

WYWIAD: Jak działał dawny basen solankowy?

Dawny basen solankowy w Ciechocinku to dla wielu mieszkańców nie tylko obiekt rekreacyjny, ale miejsce wspomnień: wakacji, spotkań, pierwszych skoków do wody i całych dni spędzanych przy tężniach. Dziś, gdy wraca temat jego odbudowy, warto przypomnieć, jak funkcjonował w ostatnich latach działalności. Opowiada o tym 72 letni Waldemar Kaniewski – kierownik basenu w latach 1990-1995.

Kiedy rozpoczął pan pracę na basenie i jak wyglądała codzienność kierownika?

W 1990 roku zostałem przydzielony przez, jeszcze wtedy PPUC (Przedsiębiorstwo Państwowe „Uzdrowisko Ciechocinek”), do pracy na basenie. Kierownikiem byłem do 1995 roku. Po mnie obiekt prowadził Andrzej Strych, aż do zamknięcia w 2001 roku. 

Basen działał sezonowo. Otwieraliśmy go zwykle w czerwcu, a zamykaliśmy we wrześniu. Rozpoczynałem o ósmej rano. Basen był czynny od dziewiątej do osiemnastej, a przy bardzo dobrej pogodzie przedłużaliśmy otwarcie do dziewiętnastej. Rano trzeba było sprawdzić obiekt, pracowników i porządek. Miałem też wtedy chwilę dla siebie. Często, zanim przyszli pierwsi goście, przed otwarciem pływałem. 

Czy basen działał tylko przy dobrej pogodzie?

Nie. Był otwarty bez względu na pogodę. Oczywiście przy burzy kąpiel była zabroniona i ludzie schodzili do szatni, ale sam deszcz nie oznaczał zamknięcia.

Klienci trochę się dzielili. Jedni przychodzili głównie plażować, opalać się, poleżeć na kocu albo na leżaku – działało tzw. solarium. Drudzy przychodzili konkretnie pływać. I ci pływacy byli często najbardziej systematyczni. Kupowali karnety i pojawiali się codziennie, niezależnie od pogody.

Jak duży był to obiekt?

Ogromny. Basen miał sto metrów długości i czterdzieści metrów szerokości. Pod skocznią było około trzech i pół metra głębokości. Była betonowa wieża do skoków, trampoliny, zjeżdżalnia, mały basenik dla dzieci, leżaki, plaża i boiska. 

Sama niecka mieściła około czterech tysięcy metrów sześciennych solanki, czyli mniej więcej cztery miliony litrów. Licząc najprościej, metr sześcienny wody waży około tony, więc w basenie znajdowało się ponad cztery tysiące ton wody. To dobrze pokazuje skalę obiektu i wyzwania techniczne, z jakimi trzeba było się zmierzyć.

Ile osób pracowało przy takim basenie?

Stała załoga była niewielka, liczyła 5 osób: kasjerka, pracownicy szatni, osoba od leżaków i ja – kierownik. Na sezon dochodzili ratownicy, młodzież do pomocy, osoby do sprzątania, stróż nocny i zabezpieczenie medyczne. W sumie przy obiekcie pracowało do około dwudziestu osób.

Dla młodych była to atrakcyjna praca. Na jedno miejsce zawsze było kilku chętnych. Przychodziła głównie młodzież z Ciechocinka i okolic.

Był rekord frekwencji, który zapadł Panu w pamięci?

W dobry dzień przewijało się około tysiąca osób. Jednak pamiętam weekend, kiedy sprzedaliśmy osiem tysięcy biletów w dwa dni. Obiekt był duży, więc tłumy się rozkładały, ale ruch był ogromny.

Ludzie mieli swoje miejsca. Jedni siadali bliżej zjeżdżalni, inni przy fontannach, jeszcze inni w swoich ulubionych kącikach. Jeśli chciałem kogoś znaleźć, często wiedziałem, w którą stronę iść.

Co najbardziej przyciągało ludzi?

Na tamte czasy to była wielka atrakcja. Solanka, tężnie, duża przestrzeń, skocznia, zjeżdżalnia, plaża, boiska. Najważniejsza chyba była atmosfera. Brało się kanapki, kompot w butelce i szło na cały dzień. Przychodziły całe rodziny, znajomi, młodzież. Basen był częścią życia Ciechocinka.

Szczególnym miejscem były okolice fontann i kaskad. Solanka spadała tam z góry i działała trochę jak naturalny masaż. Ludzie bardzo lubili tam stać. Ja też lubiłem.

Skąd brała się woda?

Basen był zasilany solanką z odwiertów. Główne zasilanie szło ze źródła numer 14. Ta solanka miała około 4,5 procent zasolenia i mniej więcej 18 stopni przy wyjściu. Było też drugie dojście, ze źródła numer 18, o znacznie mniejszym zasoleniu.

Te wody trzeba było mieszać tak, żeby średnie zasolenie w basenie było bezpieczne, poniżej jednego procenta. To nie był basen leczniczy, gdzie pacjent wchodzi po zgodzie lekarza. Tu przychodzili wszyscy: dzieci, kuracjusze, turyści, osoby starsze. Parametry wody musiały być takie, żeby każdy mógł z niej korzystać.

Czy wodę podgrzewano albo filtrowano?

Nie. Wody się nie podgrzewało. Latem problem bywał odwrotny: robiła się za ciepła. Wtedy regulowałem dopływ z różnych źródeł, żeby ją trochę schłodzić.

Basen działał na ciągłym przelewie. Solanka cały czas dopływała, a nadmiar przelewał się do odpływu. Nie było takiego zamkniętego obiegu filtrów jak dzisiaj. Napełnienie całej niecki trwało około trzech dni. Kiedy spuszczało się wodę, trzeba było iść za nią ze szczotkami i czyścić dno. To była ciężka robota.

Za czym ludzie najbardziej tęsknią, kiedy wspominają dawny basen?

Myślę, że za atmosferą i za własną młodością. Za tym, że szło się na cały dzień, z kanapkami i kompotem. Za spotkaniami, znajomymi, wakacjami. Basen był dostępny, swojski, wspólny. Dla wielu osób to była część życia.

Jak pan patrzy na plany odbudowy?

Dobrze, że temat wrócił i że wreszcie nabiera realnych kształtów. Trzeba jednak pamiętać, że to już nie będzie dokładnie ten sam basen. Są inne przepisy, inne technologie, inne koszty i inne oczekiwania. Jeśli powstanie nowoczesny obiekt, to będzie coś innego niż dawny basen solankowy. Ale jeśli zachowa choć część tamtego charakteru i znów będzie służył ludziom, to bardzo dobrze, a ja, jeśli zdrowie pozwoli chętnie z niego skorzystam.

Wywiad z „Zdroju Ciechocińskiego” – maj 2026

Fotografie: archiwum Waldemara Kaniewskiego

Udostępnij:

Zobacz także: