sobota, 29 sierpnia 2026

Ładowanie pogody…
11 marca 2026

Rozmowa z Panem Leszkiem z Muzeum Motoryzacji „Wena” w Oławie

Na turnusie w Ciechocinku spotykamy człowieka, którego trudno pomylić z kimkolwiek innym. Ma 71 lat i regularnie przyjeżdża do uzdrowiska, by się regenerować. Mechanik, blacharz, znawca dawnych silników, przewodnik – a w internecie i na rajdach po prostu „Minister Leszek”. Rzadko kiedy udaje mu się przejść niezauważonym. Co chwilę ktoś go zatrzymuje, zagaduje, prosi o wspólne zdjęcie. Trudno się dziwić – on sam chętnie wchodzi w rozmowę, z pasją opowiadając o samochodach, które inni dawno skreślili, a on uparcie przywraca do życia.  My również złapaliśmy go na słowo, by zapytać o motoryzację.

Panie Leszku, dlaczego nazywany jest Pan “Ministrem”?

Wszystko zaczęło się od pewnej Lancii Kappa. To był samochód służbowy należący niegdyś do prawdziwego ministra – nota bene, również Leszka. Kiedy kupiłem to auto i ruszyłem nim na Rajd Koguta, zacząłem żartować, że oto nadjeżdża oficjalna delegacja z resortu. Uczestnicy natychmiast to podchwycili. Wieść rozniosła się błyskawicznie, ludzie reagowali uśmiechem, prosili o zdjęcia i nagle „Minister” stał się moją rajdową tożsamością. Dziś nawet w muzeum zdarza się, że goście biorą mnie za oficjela. Bywa wesoło, bo na rajdach, w ferworze dobrej zabawy, mianowano mnie nawet „ministrem śledzia i wódki”. 

Kiedy wciągnęła Pana motoryzacja zabytkowa?

Zamiłowanie do majstrowania przy samochodach towarzyszy mi od dziecka. Szkoła, lata pracy w warsztacie, aż wreszcie nadszedł czas emerytury. Człowiek taki jak ja nie potrafi siedzieć bezczynnie. Trafiłem do “Weny”, w której jest wiele starych, zapomnianych pojazdów. Od razu znalazłem wspólny język z właścicielem i tak ta przygoda trwa do dziś. To nie jest zwykła praca – to misja przywracania historii do życia.

W Muzeum pełni Pan wiele ról. Mechanik, blacharz, lakiernik, a do tego jeszcze przewodnik. Jak Pan to wszystko godzi?

Można powiedzieć, że jestem człowiekiem od zadań specjalnych. Moje ręce znają każdy etap renowacji – od prostowania blach, przez mechanikę, aż po ostatnie pociągnięcia pędzlem czy pistoletem lakierniczym. Największą satysfakcję mam wtedy, gdy po godzinach pracy udaje się „postawić auto na nogi”. Kiedy patrzę na lśniący wóz i wiem, że on dosłownie uciekł spod noża, że nie skończył jako bezkształtna kostka na złomie, czuję ogromną frajdę. Kiedy przychodzą wycieczki, chętnie opowiadam o tych maszynach. Chcę, żeby ludzie wiedzieli, co ratujemy.

Która z tych „akcji ratunkowych” najbardziej zapadła Panu w pamięć?

Zdecydowanie historia trzech Syren. Mieliśmy trzy egzemplarze w opłakanym stanie i postawiłem sobie za cel, że z tej bazy musimy uratować przynajmniej jedną. Udało się. To daje niesamowitą radość – nie tylko mi, jako twórcy, ale też ludziom, którzy mogą ją teraz podziwiać. To jest dawanie drugiego życia. Zawsze powtarzam: tej historii nie wolno nam zaprzepaścić. Musimy ratować te maszyny, by istniały fizycznie, bo inaczej następne pokolenia zobaczą je tylko na wyblakłych fotografiach albo w internecie.

Współczesne auta to jeżdżące komputery. Czym różni się praca przy klasyku od tego, co widzimy w dzisiejszych serwisach?

Dziś rządzi wszechobecna elektronika i tysiące wariantów modeli. Przyznam szczerze: w tych nowych układach bym się już nie odnalazł. Kiedyś konstrukcja była prostsza, bardziej szczera. Ale stara motoryzacja wymaga czegoś, czego dziś brakuje: ogromnej cierpliwości. Mierzymy się ze śrubami, które mają po 50, 80, a czasem i 100 lat! Paradoksalnie, ta stuletnia stal to bardzo dobry materiał, jeden z najlepszych na świecie.  Z taką śrubą nie można się szarpać, bo to się kończy kontuzją albo zerwaniem gwintu. Tu trzeba metody: lewo-prawo, delikatne podgrzanie palnikiem, wyczucie. Mechanika dawnej daty to rozmowa z materią, a nie tylko podpięcie wtyczki.

Ostatnio w mediach społecznościowych głośno było o pewnym Wartburgu z Waszej kolekcji. Co to za historia?

Och, ten Wartburg! Nawet dzieci się ze mnie śmiały. Ktoś bez odpowiedniego przygotowania próbował uruchomić auto, które stało nieużywane przez trzy dekady. Podpięto zbyt mocny akumulator, kable zaczęły się palić, więc postanowiono wziąć go „na zaciąg”. Skończyło się fatalnie: zerwany pasek, pokrzywione zawory. Wtedy ten nieszczęsny Wartburg trafił w moje ręce. Postanowiłem go uratować. Myślałem, że uwinę się z tym w dzień, a walczyłem dwa tygodnie. Planowanie głowicy, żmudne składanie… Nawet gaźnik był tak zapchany osadami, że myjka nie dawała rady. Dopiero gdy znalazłem identyczny, stary egzemplarz i porządnie go przedmuchałem, silnik wrócił do życia. Teraz odpala od razu i za każdym razem przypomina mi, że było warto.

Czy dzisiaj każdy może zostać właścicielem klasyka?

Można, ale trzeba mieć albo fach w ręku, albo „worek pieniędzy”. Skończyły się czasy, gdy perełkę można było wyciągnąć za grosze ze złomowiska. Dziś każdy wie, co ma w garażu, i trzyma to jak skarb, nie zamierzając sprzedawać za bezcen. Ceny rosną, bo klasyki to już nie tylko pasja, ale i lokata kapitału. Tym bardziej warto dbać o to, co już mamy, bo nowa motoryzacja jest zbyt ulotna.

Gdyby musiał Pan wskazać jeden samochód najbliższy sercu i jeden wzór z Zachodu, co by to było?

Moje serce bije dla polskiej motoryzacji lat 80., a w szczególności dla Syreny – spędziłem za jej kółkiem mnóstwo czasu. Jeśli zaś chodzi o Zachód, to bezapelacyjnie Mercedes W123, legendarna „Beczka”. Przez lata pracowałem przy tych autach i mam do nich ogromny szacunek. W naszym muzeum mamy taki egzemplarz, który jest niemal nietknięty – ma zaledwie kilka tysięcy kilometrów przebiegu i wciąż pachnie… nowością, tą specyficzną mieszanką wysokiej jakości materiałów i historii. Podobnie zresztą jak moja Lancia czy niektóre „Maluchy” w kolekcji, które, jak to mówimy, asfaltu jeszcze nie widziały.

Niektórzy myślą, że muzeum motoryzacji to miejsce tylko dla pasjonatów. Co Pan im powie?

Są w błędzie. „Wena” to nie tylko samochody. To podróż  w czasie do lat PRL-u. Mamy tam wszystko: od ówczesnych ubrań, przez kultowe proszki do prania, aż po przedmioty codziennego użytku, które u każdego dorosłego wywołują nostalgię. Nawet jeśli ktoś nie odróżnia gaźnika od chłodnicy, to i tak wsiąknie w ten świat, wspominając własną młodość. Mamy 13 tysięcy metrów kwadratowych ekspozycji i wciąż się rozrastamy. Niedawno otworzyliśmy nową halę, z samolotem w centralnym punkcie. Można wejść do środka, zobaczyć kokpit, usiąść w kabinie i zjechać po rękawie ewakuacyjnym. 

Spotkaliśmy się w ciechocińskim sanatorium. Jak „Minister” czuje się na kuracji?

Doskonale! Mój kręgosłup, który przez dziesięciolecia dzielnie znosił trudy pracy w warsztacie i tysiące kilometrów na trasach, wymagał już solidnego „serwisu” (śmiech). Najbardziej polubiłem łóżko wodne – to dla pleców prawdziwa regeneracja. A sam Ciechocinek? Jest zachwycający. Uwielbiam tutejsze dywany kwiatowe i słynną szachownicę. Ludzie są niezwykle życzliwi. Mimo że zimą aura mniej sprzyja spacerom, to miasto ma  w sobie coś magicznego. Z czystym sumieniem polecam każdemu przyjazd do Ciechocinka.

Wywiad z „Zdroju Ciechocińskiego” – luty 2026 r.

Udostępnij:

Zobacz także: